Apaviadańnie.

Heny čałaviek adniaŭ akno, što vychodziła ŭ dvaryšča. Rama trymałasia na troch ćvikach i ŭžo sama vypadała raz‑druhi ŭletku. Luba navat dziviłasia, jak heta jašče nichto da ich nie ŭlez u chatu. Asabliva paračka miascovych ałkaholikaŭ — zaŭsiody biez hrošaj, zaśmiahłych, prahnych vypić. Ich dalikatnaść pieraŭzychodziła ŭsie miežy: u Luby hrošaj nie pazyčali, myła z padvorka nie krali (u toj čas, jak na heta skardzilisia ŭsie susiedzi). Adzinaje, choć kali prasilisia, kab Luba adviezła ich na svajoj mašynie za byrłam u susiedniuju viosku. Aŭtamabil jaje, čyrvony «Ford Ka», jany prazvali božaj karoŭkaj. Vidać, im padavałasia stylovym padjazdžać na hetkaj admysłovaj cacačnaj mašyncy da kramy, na zajzdraść usim inšym zaśmiahłym chadakam.

A pačałosia ŭsio z taho, što susiedzi‑ałkaholiki pieraniali niejak Lubu ŭ Śviatkach la dziaržaŭnaj kramy. (Sama Luba zakuplałasia ŭ pryvatnaj kramcy «Alesia».) Hala z Valeram litaralna pierakryli ciełami vuzkuju darohu, rasstaviŭšy ŭ baki ruki. Źviarnuć možna było tolki ŭ płot nastaŭnika malavańnia, tamu žančyna musiła spynicca i zapuścić pošaść u aŭtamabil. Paračka raśćviła. Kłanialisia, uśmichalisia ščarbatymi ratami. Valera pačaŭ razuvacca, stojačy na piasku. Luba zapratestavała, ale Hala taksama skinuła humovyja boty — u rablonych škarpetkach z aściom i sałomaj palezła rakam praź piarednija dźviery na zadniaje siadzieńnie. Sieli, pajechali. Hala z Valeram radavalisia, jak murzatyja viaskovyja dzieci. Raspaviadali pra dačku (Lubinu siabroŭku dziacinstva), pra svaich šaściarych unukaŭ, pra maleńkaha syna, addadzienaha na vychavańnie tałkaŭniejšaj za baćkoŭ dačce. Zvyčajnaje kino: ałkašy viaducca ŭ lubym vieku, jak trusy, a narmalnyja ludzi vyličvajuć dni avulacyi, pjuć vitaminy, viaduć sterylny ład žyćcia i nijak nie narodziać.

Taja ich pajezdka vyklikała ŭsieahulnaje spačuvańnie da Luby z boku susiedziaŭ i siabroŭ. Kožny druhi dziełavita pytaŭsia: «U mašynie nie śmiardzić?» «Nie, — adkazvała paciarpiełaja. — Muž prapyłasosiŭ i pamyŭ. Zdymaŭ navat siadzieńni. Znajšoŭ niamieckuju jašče čajnuju łyžku i piaćdziesiat jeŭracentaŭ». Reahavali amal adnolkava: «Lepiej pašukaŭ by, dyk i kasku b niamieckuju znajšoŭ». Ale myćcio henaje było častkova daremnym. Hala z Valeram pieratvaryli dobrasusiedskija adnosiny ŭ teror: časta jaje nie turzali, ale raz na tydzień nastojvali na sumiesnaj vyłazcy ŭ kramu. «Choć by hrošaj nie prasili, — padbadziorvała siabie Luba, — a to my sami žabravać pojdziem».

Chutka pačalisia pazačarhovyja prośby. Niejak ranicaj Luba myła ŭ sieniach hałavu. Viedajučy, što ŭ vioscy amal nikoha niama, bo ŭsie babki siadziać u lisičkach, sieni jana nie začyniła. Kali ŭ dźviarach źjaviłasia Hala, dziaŭčyna ažno zdryhanułasia. Było ad čaho: mała taho, što jana spužałasia, dyk jašče i ździviłasia. Da viasiella ich treciaha syna zastavaŭsia jašče ty¬dzień, ale Hala była akuratna pryčasanaja, umytaja, apranutaja ŭ čystuju śvietłuju krymplenavuju sukienku. Na joj byli błakitnyja bavaŭnianyja škarpetki i biełyja basanožki. Biez karosty na tvary susiedka vyhladała jak typovaja sibiračka z Ałtajskaha kraju. Luba stajała, raziaviŭšy rot, i vada z mokrych vałasoŭ ciakła na plečy i stanik.

Hala ścipła prysieła ŭ dvaryščy na łavie. U rukach jana ściskała ruduju sumku — jašče hadoŭ dziesiać tamu z takimi sumkami babki jeździli ŭ rajcentr pa chleb i cukar.

— Myješsia?

— Myjusia.

— I ja siońnia hałavu myła.

— M‑m.

— Davaj źjeździm u Śviatki.

— Ja ž myjusia.

— Ty ž užo šampuń zmyła.

— A ja jašče balzamam namažusia.

— Nu, dyk i jaho niekali zmyješ.

— Čakać treba.

— Ja pačakaju.

— Mnie jašče sochnuć.

— U ciabie ž u mašynie piečka.

— Usio roŭna. Ja mokraja nie pajedu.

— A ja paźniej padydu.

— Bienzinu mała.

— …

— Hrošaj niama. Hrošy ŭ mianie adkul? Ja ž hryby i jahady nie zdaju.

Hala, zdajecca, pierakanałasia, što na¬dzieja na transpart nie spraŭdzicca. Niejak bokam ustała z łavy, jak byccam abmiakła, apłyła ŭsia ŭnutry svajoj paradnaj sukienki, u zadumieńni papaŭzła z dvaryšča. Praz paŭhadziny jana ŭžo dziaŭbłasia ŭ bok Śviatak u svaim zvyčajnym vobrazie: spartyŭnyja štany, raściahnuty sini holf, brudnaja ciopłaja chustka na hałavie, na nahach humovyja boty. Luba dumała, što pamre ad soramu: čałaviek, moža, novaje žyćcio źbiraŭsia pačać, a tut taki niadobrasusiedski abłom. «Niaŭžo ja zbroja ciemry na hetym śviecie?» — žachałasia Luba i papivała z vaśmidziesiacihadovaj svajačkaj Reniaj śviežavycisnuty parečkavy sok.

Praz kolki chvilinaŭ chatu minuŭ zmročny Valera. «Vo, adzieŭsia, jak nastaŭnik! U čornym pinžaku, u kremavych nahavicach! Sekand‑chend im na dziaciej prysyłajuć! Daliboh, jak polski kavaler! Choć ty kniksen pierad im rabi. Ja ŭ polskuju škołu chadziła, šeść kłasaŭ skončyła. Mianie nastaŭniki lubili, dalej vučycca klikali, ale ja časta chvareła. Dy ŭ nas ziamli było! Treba ž niekamu rabić. Dzieŭka pavinna była tkać i praści, a nie knižki čytać. Ja pa‑polsku vieršy ŭmieju. A za savietami ja niepiśmiennaj ličyłasia», — zataratoryła baba Renia. «Valera ž Halu ź Sibiry pryvioz, — bieź pierachodu praciahvała svajačka. — Jon raniej u Minsku žyŭ, žonku mieŭ, kvateru i dzicio. Kazaŭ, na doški niejkija na tancy chadziŭ. Voś praz doški henyja i razyšoŭsia. Za alimienty jaho ŭ kałoniju ŭpiakli. A tam jon z Halaj raśpisaŭsia i z dvuma dziećmi jaje siudy pryvioz. Nataša ź Miškam nie jahonyja, u ich svaich tolki dvoje. Vo jak žyćcio, byvaje, pavierniecca. I ja škołu nie skončyła. A nastaŭnik da mianie prychodziŭ, uhavorvaŭ. Pierakonvaŭ baćku: «Čłoviekiem bendzie!» Była b zaraz nastaŭnicaj, jak ty». «Nastaŭnica ŭžo daŭno za čałavieka nie ličycca», — chacieła supakoić babku Luba, ale vyrašyła nie razburać čaroŭnaj mary staroj.

Uviečary jany z mužam pili harbatu i hamanili pra zdabytki dnia. Muž Viktar byŭ historykam, pracavaŭ na kafiedry va ŭniviersitecie. Paśla abarony dysiertacyi zmoh narešcie spakojna zaniacca lubimaj spravaj: jeździŭ pa navakolnych vioskach, padańni zapisvaŭ, korpaŭsia ŭ kurhanach la Kniažyna. U jaho ŭžo skłałasia svaja paralelnaja historyja hetaha kraju, i Luba ŭvažliva słuchała pra nievierahodnyja vykruntasy ludziej i času. Žonka lubiła takija raspoviedy, achvotna jeździła ź Viktaram na rovary da stareńkich apaviadalnikaŭ z napaŭžyvych padślepavatych viosak, ale kurhany rušyć bajałasia. Niahledziačy na svoj chałodny navukovy rozum, jana vieryła ŭ mistyčnych achoŭnikaŭ histaryčnych miescaŭ. Pierakazvali, što jaje pradzied bačyŭ nočču la Kniažyna dziaŭčynu ŭ biełym, a ŭ Matusievičach pierajmaŭ ludziej pryvidny čorny čałaviek u kapielušy. Nie, lepiej užo žyvyja susiedzi‑ałkašy, čym henyja zdani.

Niečakana z vulicy Lubu paklikała žančyna. Praź firanki i pryciemak nie vidać było, chto hena, tolki vyłučaŭsia siłuet u jaskravym čyrvonym švedary. «Baby Reni dačka,» — zdahadałasia Luba i, nie marudziačy, adčyniła akno. Žach! Hena znoŭ była Hala. Viasiołaja, pryjaznaja. «Nie pakryŭdziłasia», — suciešyłasia Luba. «Hrošaj paprosić, — prašaptaŭ Viktar. — Pryhreła ałkałoidaŭ!»

— Lubka! Ja pytacca pryjšła. Jak pa‑biełarusku «žavoronok» budzie? Ja ž sama z Rasii. Pieśnia jość takaja: «Žavaranak źvinić i płača». A Valerka kaža «žaŭruk».

— Žaŭruk. Tak i jość — «žaŭruk». Ale pieśniu ja nie viedaju. Ja rok słuchaju.

— A‑a. A my siadzim, vieršy adzin adnamu raskazvajem, piajom. Nu, ja pajdu. Vo Valerka! Vo razumny! Ledź nie taki prachviesar, jak ty.

— Ja nie prafiesar, ja dacent. I toje — nie pa zvańni, a pa pasadzie. Heta błahaja prykmieta — zvańnie nakidać. Suročyš.

— Oj, składanaje ŭ ciabie žyćcio, Lubka. Žaŭruk. Cha‑cha. Nu, ja pajdu.

«Bačyš, — paddražniła muža Luba. — Vieršy raskazvajuć, piajuć. A my raźviali tut z taboj histaryčnuju trupiarniu».

Na nastupny dzień Hala z Valeram źnikli ź vioski. Na vulicy nie źjaŭlalisia, za byrłam jechać nie prasilisia. Niechta mierkavaŭ, što jany vypravilisia da syna, dapamahać rychtavacca da viasiella. Inšyja, jak baba Renia, ličyli, što ałkašy prosta nie vytrymali i zakupili vypiŭki na sabranyja ź jahad hrošy dla syna. Vokny ŭ ichniaj chacie byli zaviešanyja, a pravieryć, zasunutyja dźviery na zasaŭku znutry ci zamknionyja na zamok znadvorku, navat špijonki‑babki nie parupilisia. «Choć by jany tam žyvyja byli», — niervavałasia Luba, ale ŭ astatnim biesturbotna dažyła apošni tydzień vakacyj, u toj čas jak Hala z Valeram niema i zaciata prapivali na padłozie ŭ chacie viasielny padarunak synu.

Kali adpačynak skončyŭsia, Luba ź Viktaram vypravilisia ŭ horad. Spa¬dzievu na chutkaje viartańnie nie było, bo pracavali siem dzion na tydzień. Paśla paraŭ u subotu nie mieła sensu niekudy daloka kidacca, i Viktar ličyŭ za ščaście pasiadzieć u archivach, a Luba navat u nia¬dzielu sustrakałasia sa svaimi aśpirantami i mahistrantami. Da taho ž uvosień u horadzie viruje śvieckaje žyćcio. Usie śviežańkija i tvorčyja paśla adpačynku — tak i strumienić kreatyŭ, tolki paśpiavaj pierabiahać ad muzieja da teatra.

Ale niespadzieŭna vierasień pajšoŭ pa inšym scenary. Upieršyniu za piatnaccać hadoŭ pracy raskład u abaich zrabili taki, što ŭ subotu nie było paraŭ. I choć načalstva ŭvažliva sačyła za vykanańniem kantrakta i papiaredžvała, što šeść dzion na tydzień rab‑vykładčyk pavinien znachodzicca ŭ piatnaccaci chvilinach jazdy ad univiersiteta, Luba z Valeram vyrašyli ryzyknuć — jeździć pa vychadnych na lecišča ŭ viosku. «Zaraz ludzi jašče ni bulby nie biaruć, ni harodaŭ nie paradkujuć. Jahady adyšli, vosieńskija hryby nie prymajuć. Ja šmat čaho zmahu zapisać. Zacišna, sientymientalny vieraśnioŭski nastroj — u starych jazyki raźviažucca», — maryŭ Viktar. «Maja prafiesarka z Maskvy pałovu byłoha Sajuza na leciščy kansultuje, a potym dva dni na tydzień takija lekcyi čytaje, jakija ŭ nas dakładna nie pačuješ. I nichto nie zahadvaje joj biazvyłazna siadzieć na kafiedry», — buchcieła Luba. «Prarviemsia. Ad našaj kvatery na ŭskrajku stolki ž jechać da ŭniviera, kolki adsiul ź pieravyšeńniem chutkaści na jakich‑niebudź dziesiać kiłamietraŭ», — padbuchtorvaŭ jaje Viktar. «A kali paznohci buduć brudnyja, adzieža praśmierdnie piečkaj?» — vahałasia Luba. «Słuchaj, tvaja zahadčyca nie Šerłak Chołms. Da taho ž ty sama kazała, što jana sama nikoli paznohci nie farbuje. Moža, jana ciabie narešcie palubić?» — paśmiajaŭsia muž.

Vyrašana było ŭ piatnicu paśla zaniatkaŭ zaskokvać u mašynu i mčać za horad. Aśpiranty‑mahistranty musili adryvacca ad padpracovak i aburana vypraŭlacca na kansultacyi da Luby siarod tydnia, a archiŭ — čakać zimy i źmieny raskładu. A treciaj hadzinie dnia Luba ŭžo zarulvała na śviatkaŭskaje skryžavańnie la dziaržaŭnaj kramy. Jana ŭspomniła pra Halu z Valeram i tuju letniuju zasadu, a zaadno i pra toje, što ŭ chacie niama zapałak.

Luba spyniłasia la raśpisnoha płota nastaŭnika malavańnia i pabiehła ŭ kramu. Taja, dziakujučy susiedziam, asacyjavałasia ŭ jaje vyklučna z byrłam. Miascovyja pjanicy, što jašče nie zusim adpili mazhi, navat mieli ŭ kramie kredyt i viartali hrošy z pałučki albo sa zdadzienych čarnic i lisičak. Tamu, kuplajučy zapałki, Luba mižvoli kinuła pozirk na palicu z ałkaholnymi napojami i ździviłasia, ubačyŭšy na joj «Biełaruski balzam». Pjanicy takoha nie paciahnuć pa hrašach albo prosta pahrebujuć, bo pjuć, pa ich mierkavańni, narmalnaje vino. Zdajecca, «Biełaruski balzam» byŭ vystaŭleny na prodaž śpiecyjalna dla takich vytančanych vieraśnioŭskich pakupnikoŭ, jak Luba. Dla takich, što zvarać sabie dobraj kavy, dadaduć tudy kroplu balzamu, siaduć la piečki i buduć čytać navukovy časopis abo razumnuju knižku ci bałbatać pa mabile ź jakim‑niebudź minskim intelektuałam albo kalehaj ź Bierlina. Začaravanaja ŭłasnaj vykštałconaściu raba‑vykładčyca, što ŭciakła na vychodnyja, uziała butelku balzamu i doma z honaram pastaviła jaje la kafiejnaha sierviza z kielckim arnamientam. Ale kavy jana nie papiła ni ŭ heny, ni na nastupny dzień.

Spačatku bližej da viečara skončyŭsia haz — da Radaŭnicy jany nie źbiralisia viartacca ŭ viosku i nie zamovili novy bałon. Prosta zalivać kavu kipieniem z elektračajnika Luba paličyła plebiejstvam i padrychtavałasia tryvać ciažkaści, pakul nie pryviazuć elektraplitku baćki. Tyja, pa ščaślivym supadzieńni, vyrašyli jakraz pryjechać u hryby.

Nazaŭtra ranicaj pierahareli probki, i Luba ź Viktaram, paśniedaŭšy suchapiaram buterbrodami, vypravilisia ŭ azyzły les, malujučy va ŭjaŭleńni svajo biassłaŭnaje viartańnie ŭ miežy «piatnaccaci chvilinaŭ jazdy». Poŭnyja košyki tuhich baravikoŭ niejak suciešyli ich, ale chałodnaja drabnica prabivała na kašal. Luba bajałasia zachvareć i pačała prykidvać, jak by papić haračaha. Pajści da baby Reni paprasić harbaty? Ale ŭ vioscy svaje zakony — padumajuć, što jana naprošvajecca pajeści abo ŭvohule zvarjacieła: chodzić da paŭdnia ŭ hości, prosić haračaha papić. Zazirnuć da Hali z Valeram? Ale ci viadziecca ŭ ich što ŭ haspadarcy, akramia byrła, dy ci ŭ vioscy jany — moža, užo balujuć dzie ŭ Śviatkach? Luba pačała cicha padvyvać i skardzicca Viktaru na niahody. «A ty vypi balzamu, — prapanavaŭ jon. — Tam ziołki jość — heta lačebnaja reč. I mocnaja. Dapamoža». Luba pasmaktała hramaŭ dvaccać taho napoju. I praŭda, zrabiłasia ciaplej, i horła ŭžo nie baleła. Pryjechali baćki ź siabrami, pryvieźli zamoŭlenyja probki i elektraplitku. Pačałosia biaskoncaje pierabirańnie hryboŭ, varka supu, i za ahulnym tłumam da kavy la piečy sprava ŭ heny dzień iznoŭ nie dajšła. Pastaŭlenaja na staruju abšytuju drevam ladoŭniu «Snajhie», butelka z balzamam była zabytaja na paŭhoda. Tolki choć kali zimoj Luba ŭzhadvała pra jaje ŭ horadzie. Dobra było b, zamiest taho kab na parach siadzieć, pakatacca na łyžach u vioscy: taja niavypitaja kava z balzamam albo harbata z duchmianaha malińniku…

I voś stałasia tak, što heny čałaviek adniaŭ ramu ad dvaryšča, adčyniŭ fortačku, dastaŭ ćvik i vyniaŭ unutranaje akno. Pierakinuŭ tułava na padvakońnie, udychnuŭ pach čystaj bializny z šafy, lažałych pościłak i pahryzienych myšami špaleraŭ. Raniej u małym pakojčyku stajaŭ la akna žalezny łožak. U dziacinstvie Lubie padabałasia lažać na im, trymacca rukoj za mietaličnuju šyšku na bryžy, słuchać leta. Jak kury kvokčuć, pčoły huduć, dzieci śmiajucca, kałodziež rypić. Hadoŭ u dziesiać, ležačy na tym łožku, Luba čamuści navažyłasia sama sabie adkazać na pytańnie, ci jość Boh. Nieviadoma čamu, joj tak zakarcieła razabracca z hetym, ale kožny dzień jana siadała z pazakłasnym čytańniem na łožak, prysłuchoŭvałasia da navakolla, da svaich dumak, sahravała rukoj mietaličny nabałdašnik i pytałasia ŭ siabie: «Ci jość Boh?» Tady jana vyrašyła, što Boh jość. Biespadstaŭna, biazdokazna — prosta pryniała ŭ siabie hety pastułat i nikoli ŭ im bolej nie sumniavałasia.

Ciapier łožak pierastavili da ścienki i na jaho miescy stajaŭ nizki fatel. Nichto nikoli nie siadzieŭ u im, bo pačytać knižku ŭsio roŭna lubili na tym samym łožku, jak va ŭtulnaj norcy — łožak byŭ častkova zastaŭleny šafaj. Na fateli składali koŭdry i pościłki, i čałaviek heny miakka spuściŭ na ich nohi ŭ zapeckanych hraźziu humovych botach.

Jon tolki što byŭ u Hali z Valeram, mirna vypivaŭ, abyjakava ahladaŭ ich hołuju chatu, viedajučy, što tam niama čym paradavać svaju kleptamaniju. Žyŭ Jurka ŭ susiedniaj vioscy na zvałcy, bo baćka prahnaŭ jaho z chaty za štohadovyja sudzimaści, pjanstva i zładziejavataść. A što ŭ vioscy kraści, čym natalać svaju asacyjalnuju prahu? Voś chata adna niadaŭna hareła — tolki i radaści, što naciahaŭ sabie potym u łohava abharełaha ryźzia. Viartacca tudy proci nočy nie chaciełasia, mučyŭ hoład, karcieła jašče vypić. Hali z Valeram užo niamnoha było treba — pastareli. A jamu jašče dvaccać piać — małady arhanizm prosić dobra vypić i zakusić.

Jurka pasprabavaŭ raskrucić siabroŭ na praciah balavańnia. Haspadary adniekvalisia, chililisia da brudnych padušak. Hość razvažaŭ uhołas, da kaho b jašče prybicca, dzie b pažyvicca. Valera, ledźvie viažučy łyka, uzhadaŭ Lubu: «Voś kab nam božuju karoŭku siudy dy ŭ Śviatki prakacicca — z muzykaj, uklučyŭšy piečku». Jurka zacikaviŭsia, što za božaja karoŭka takaja. Razamlełyja, Hala z Valeram jašče bolej raspłylisia, pieranieślisia ŭ dumkach u letniaje ciapło. Viała, z uśmiešačkaj Valera raspavioŭ Jurku pra susiedku. Toj nie vieryŭ vušam: zusim pobač, za tryccać mietraŭ stajała chata, poŭnaja rajskich dabrotaŭ, a jon nudziŭsia tut, u halaku. Razamlełyja siabry‑sabutelniki ŭžo nie cikavili i nie razdražniali jaho. Jon adčuvaŭ u sabie chvaravity hon, jaki biespamyłkova dapamahaŭ jamu znajści hadzińnik u raz¬dziavałcy, pakul adnakłaśniki byli na fizkultury, adšukać słoik ahurkoŭ u susiedki ŭ sieniach ci butelku harełki, prychavanuju adnaviaskoŭcam da pasadki bulby. Jurku niavažna było, što hadzińnik u jaho adbiaruć na nastupnym uroku, što za słoik jon atrymlivaŭ taŭkačom pa karku, a za harełku — i ŭ vucha kułakom, bo nikoli nie ŭmieŭ chavać kradzienaha ci tałkova skarystacca sa svajho nieščaślivaha talentu.

I voś jon vyjšaŭ z maleńkaha pakojčyka ŭ henu chatu. Tut było čysta, na padłozie lažaŭ novy zialony dyvan, raskła¬dzienaja kanapa była zasłanaja pościłkaj, šytaj z sotaŭ‑kavałačkaŭ štučnaha futra (śled manii, jakaja achapiła ich vioski hadoŭ dvaccać tamu). Na žurnalnym stoliku byŭ aby‑iak nahruvaščany stosik knižak. Na ścienach, u siervancie mielisia fatahrafii roznych hadoŭ i, pa vialikim rachunku, ciažka było zrazumieć, chto žyvie ŭ hetym domie: ci jakaja‑niebudź babka, ci dačniki. Jurka adčyniŭ biełyja dźviery i ŭvajšoŭ u hetu chatu. Śmiardzieła chałodnaj piečkaj, pa padłozie i praciortym dyvanie išli biełyja pisiahi — vidać, myšy ciahali adniekul muku. Jon prajšoŭsia pa myšynych śladach — tak i jość. Na maleńkaj rudoj ladoŭni stajaŭ prahryzieny pačak muki, trochlitrovy słoik zakatanaha salonaha sała i amal poŭnaja butelka «Biełaruskaha balzamu». Žyćcio raskvieciłasia farbami. Tut — Jurka viedaŭ — nichto nie moh schapić jaho za ruku, vyrvać z rota kavałak sała, zapatrabavać padzialicca pitvom. Usio heta było ničyjnym. Ničyjnym, bo i chata była nie chata, a niejkaje lecišča. I žyćcio ludziej tut było nie sapraŭdnym, a lalečnym — dalokim ad usich viaskovych kłopataŭ, kštałtu siena, drovaŭ, bulby, pasty, śviniej i biaskoncaha letniaha źbirańnia hryboŭ‑iahadaŭ. Tamu možna było nie adčuvać zhryzotaŭ sumleńnia, a ŭjavić siabie sytym dačnikam, čužyncam u viaskovym śviecie, i z asałodaj vypić dy zakusić.

Jurka sieŭ da stała. Dastaŭ z šuflady adkryvałku, pahartaŭ znojdzieny tam ža błaknocik z rysačkami‑pracadniami i zapisami kštałtu «11‑ha kidali hnoj u Vosavie». Abyjakava zasunuŭ šufladu, apuściŭ cyratku. Naliŭ balzamu ŭ kubak ź niejkimi kalučkami va ŭzory. Kaŭtnuŭ napoju. Pasmaktaŭ jahonuju horyč, viazkaść. Adkryŭ słoik, uciahnuŭ nosam pach časnaku, adhryz kavałak sała. Balzam vypiŭ uvieś. Źniaŭ z tumbački vyšyvanuju survetku, abharnuŭ joj słoik, zasunuŭ pad pachu. Pierajšoŭ u henu chatu, loh u botach na kanapu, pavałoziŭ ščakoj pa štučnym futry i zasnuŭ.

Pračnuŭsia rana — jakraz kab syści niezaŭvažanym. Prychapiŭ z saboj futranuju pościłku i słoik z sałam. Cichieńka začyniŭ akno. Druhuju ramu akuratna pakłaŭ na dach maleńkaj pisklatni, prybudavanaj da istopki. Jurka byŭ zadavoleny svaim dačnym dośviedam. Valerava «božaja karoŭka» nie rasčaravała. Jon viedaŭ, što niachutka siudy vierniecca, bo ščaście lepiej nie šukać na starym miescy. Harodami Jurka pašybavaŭ daloka ŭ pole, kab vyjści na darohu la mosta i kab nichto nie zmoh zapadozryć, dzie prabaviŭ jon hetuju noč, i nie zbuntavaŭ jaho pa‑zładziejsku prydbanuju asałodu.

Jurka nie viedaŭ, što ŭ jaho jość jašče tydzień času. Siem dzion da Radaŭnicy, pakul nie pryjeduć haspadary chaty. Pakul nie ździviacca pustoj butelcy na stale, nie schopiacca pościłki, nie zaŭvažać adsutnaści druhoj ramy, nie zajaviać u milicyju. Pakul Luba nie raspłačacca, što zhvałcili jaje rodny dom, u jakim jašče nikoli za žyćcio ŭsich pakaleńniaŭ nie adbyłosia nivodnaha złačynstva. Pakul milicyja, stomlenaja tupaściu Jurki, nie znojdzie ŭ jaho biarłozie na zvałcy skradzienyja ŭ hetych vučonych šyzikaŭ rečdoki.

A Jurka budzie žyć ceły tydzień bieskłapotnym dačnikam i zvysoku pahladać u Śviatkach na Halu z Valeram, kali tyja, abniaŭšysia, pryjduć kuplać narmalnaje vino.

Клас
0
Панылы сорам
0
Ха-ха
0
Ого
0
Сумна
0
Абуральна
0

Chočaš padzialicca važnaj infarmacyjaj ananimna i kanfidencyjna?