Dziciačaje ŭsprymańnie śvietu, žyćcia — liniejnaje. Dla piaci-siamihadovaha chłapčaniaci zychod Polščy, prychod Savietaŭ, pačatak vialikaj vajny — prosta pačarhovaja źmiena padziej, žyvyja abrazki času, pamiatnyja i źnikomyja ŭražańni.

Zima 1940 hoda zapomniłasia nie stolki vialikimi marazami (jany taki siahali saraka hradusaŭ, stralali vuhły budovy, staryja drevy), jak śniežnymi zanosami. Vulica raptam uzvysiłasia vializnymi hurbami — pajšła vyšej płatoŭ.> Baču i praz hady, jak maci ŭ čorna-zialonym vazku na vietry, ledź upraŭlajučysia z kaniom, kirujecca pa toj uzdyblenaj śniažninie ŭ darohu. Vypraŭlałasia vyrabić patrebnyja papiery, kab pajechać u horad Roŭna. Baćka na toj čas jašče nie viarnuŭsia z polska-niamieckaj vajny. Zatabaryŭsia dzieś pad Roŭna ŭ łahiery dla vajennapałonnych. Napisaŭ, što jamu tam ništavata: zaniaty vialikaj rabotaj — budujuć šašu, vyrablaje normu, kormiać niabłaha. Adno kiepska — dajmaje smutak pa domie. Na tuju viestku biez adkładu maci sabrałasia ŭ niablizkuju darohu. Paźniej kali-nikali z uražańniaŭ ad taho padarožža na Ukrainu štości pryhadvałasia ŭsłych. Na pierasadkach pasažyry brali ciahnik šturmam. Kožny raz prychodziła ŭzrušeńnie, jak sieści. Ale ščaśliva jaje, u ciažku na siomym miesiacy, natoŭp litaralna ŭnosiŭ u vahon. Minali paleskija stancyi, ź dziaŭčatami na pieronie, apranutymi ŭ vyšyvanyja stroi, abutymi ŭ łapciki, z čyrvonaarmiejcami pad ručku. Na adnoj sa stancyj u čakańni čarhovaha ciahnika raz praniaŭ da śloz pačuty z repraduktara ramans «Vychožu odin ja na dorohu…»

Ščaślivaje dušeŭnaje ŭzrušeńnie słovam, miełodyjaj na ŭsio žyćcio — byvaje takoje. Uražvała jašče paviedamleńnie z repraduktara, vyklikała podziŭ, niedaŭmieńnie. Dyktar bojka raskazvaŭ pra hieraičnuju pracu budaŭnikoŭ, jakija na sarakahradusnym marozie ŭzvodzili vysotnyja budynki. «Jak čałaviek vytrymlivaje tam, na ryštavańniach, na hetkim siviery?» — dumała, pytałasia ŭ siabie. U pačakalni na stancyi Sarny stałaha vieku mužčyna-čarnavus kazaŭ susiedu, ale hołasna, kab pačułasia i dalej: «Nas užo, čałavieča, usadzili ŭ miašok, zastałosia tolki zaviazać…» Havaryli pra vyvazy.

Tam, pad Roŭna, žončyny adviedziny byli niečakanaściu. Zdałosia, baćka až spałochaŭsia, ubačyŭšy jaje la łahiernaj bramy.
U asobym stanie, apranutaja ŭ dobraje zimovaje palito, nabytaje ŭ znajomaha smarhonskaha kramara, pobač z chudarlavym, harbanosym łahiernym administrataram, jana vyhladała dosyć samavita. Nie skazać, što źmizarniełym łahiernikam ubačyła jana i svajho Siarhieja. Byŭ nie ŭ vajskovych abnoskach, jak dzie chto, a ŭ cyvilnym ścipłym kartovym kaściumčyku. Nibyta na volnym pasialeńni, choć łahiernyja budynki bačna abchodziła naŭkoł vysakavataja dracianaja aharodža. Havaryć mižsobku im nichto nie pieraškadžaŭ. Muž pachvaliŭsia, što vybivajecca va ŭdarniki. Tolki časam niejak niazvyčna trymaŭ pravuju ruku. Pryznaŭsia, što achvaciŭ jaje: tački sa žviram pad naścił dla ćviordaha pakryćcia darohi — ciažkija.

* * *

Kali paśla lutych marazoŭ 1940 hoda nastupiła viasna, naša siadziba apynułasia ŭ niazvyčnym atačeńni. Vymierz biez mała ŭvieś vialiki stary dziedaŭ sad. Zastałosia tolki try letnija jabłyni na pryhumieńni. Jany byli miascovaha zavodu i akazalisia bolš ustojlivymi pierad marazami.
Niepadalok ad chaty staraja hruša, što zvyčajna kožnuju viasnu apranałasia ŭ bieły velum sukviećciaŭ, ciapier na fonie siniaha nieba toŭstymi miortvymi sukami nahadvała raśpiaćcie. Niesamavita hladzielisia taŭščeznyja kamli staradrevin-višań dy ich vysunutyja daloka ŭ praściah hołyja čornyja suki-haliny. A tak dobra było ŭletku, choć i ź ciažkaściu ŭzabraŭšysia na ich, smakavać ciomna-čyrvonyja sakavityja jahadziny.

Druhuju zimu z 1940 na 1941 hod my z maci zimavali biez baćki, ale ŭžo ŭtraich. U mianie źjaviŭsia małodšy bracik Lonia,

a ź im, jak u starejšaha, i kłopat-abaviazak: pakul maci ahladałasia pa haspadarcy, — hojdać jaho ŭ kałyscy. Bolej nie było ŭ maci na kaho abapiercisia. Babula maja Pruzyna ŭ samaje pieradzimje, vialikija marazy 1940 hoda, adyšła ŭ inšy śviet. Tolki praz hady, paznaŭšy žyćcio, ja moh rasšyfravać niezrazumieły mnie tady jaje ŭzdych: «Niama ničoha ŭściešnaha». Nie było pry jaje adychodzie ŭ viečnaść nivodnaha ź jaje traich synoŭ. Dva starejšyja, choć i adkryłasia ŭ vieraśni 1939 hoda miaža, jak syšli ŭ Rasiju, tak i nie azvalisia. Nie było z polska-niamieckaj vajny i najmałodšaha, jaje Siarožki. Praŭda, akazaŭsia z łahiera listom — dziakavać Bohu žyvy.

Ja čakaŭ baćku. Zdarałasia, jak pahladzieć z addali času, dyk i śmiešna. Uzabraŭšysia na zaśniežanuju strachu padpavietki, ja ŭhladaŭsia ŭ paŭdniova-zachodnim napramku, za rečku. Viedaŭ, što niedzie tam, daloka, — baćka. Navat sprabavaŭ hukać u toj bok na zachad sonca. Z baćkam było mnie nadziejna, peŭna. Jon braŭ mianie ŭsiudy, dzie tolki było možna, z saboju. Kali schłynała pavodka, i ryba paśla nierastu ŭ viarchoŭjach viartałasia ŭ Viallu, my ź im razam vybirali z bučoŭ sierabrystych płotak dy ciomna-zialonych z hałoŭ, vastranosych ščupakoŭ. Cełaja asałoda było jechać, siedziačy za jaho śpinaj vysoka na vozie ź sienam, viezučy z zarečnaj sienažaci duchmiany vodar vysušanaj travy ŭ adrynu. Ci kali jon, jak ja potym toje ściamiŭ, chitravaŭ, raskazvajučy mnie kazki, pačynajučy z zahadkavaha: «Daŭnym-daŭno, kali nie było jašče ni nieba, ni ziamli, a ludzi kały bili i pa płocie chadzili…» «Jak heta nie było ni nieba, ni ziamli? — nie daŭmiavałasia mnie. — Chiba jany nie viečnyja?» «Ništo nie viečnaje», — kazaŭ baćka i pierastavaŭ chitravata ŭśmichacca.

Z pałonu jon viarnuŭsia čakana-niečakana. Tolki za dva miesiacy da vybuchu novaj vajny.
Była ranica. My z maci jakraz śniedali, kali naš Neruś, niejak niazvyčna jaŭknuŭšy pad aknom, strymhałoŭ kinuŭsia na Bukarava. Što duchu paimčaŭ nasustrač mužčynu z čamadanam u ruce i praz momant užo kidaŭsia na jaho biez łaju. Kazaŭ baćka, što navat patrapiŭ liznuć jaho kolki razoŭ u tvar. Jak było nie paznać nam taho, kaho biez mała dva hady čakali.
Nie paśpieŭ baćka doma ahledziecca, jak pryjšła paviestka z vajenkamata — nakazvali nieadkładna źjavicca ŭ Smarhoni z kaniom i kalaśmi. Atrymaŭ narad vazić kamieńnie na pabudovu aeradroma. Novaja ŭłada zahaspadaryła dynamična. Niekamu pryrezała panskaj dy asadnickaj ziamli. Tut ža adrazu klikali sialan u kalektyŭnuju haspadarku, nieviadomuju na zachodniebiełaruskich ziemlach z časoŭ cara Harochu: abščynnaje ziemlekarystańnie na tutejšych abšarach adyšło ŭ niabyt jašče ź siaredziny XVI stahodździa, časoŭ ahrarnaj reformy Žyhimonta Aŭhusta.
Mužčyny ź zimy 1940 hoda byli kinuty na vysiečku i traloŭku zavilijskich lasoŭ. Praz Zaleskuju stancyju išli i išli ešałony z čyrvonaarmiejcami i vajskovaj technikaj, tankami. Usio dzieś u adzin bok, na Zachad.

Niadoŭha daviałosia baćku vazić kamieńnie na aeradromnuju budoŭlu. Iznoŭ zahrymieła, i na hety raz macniej, čym kali. U niadzielu niechta prynios askabałak ciomna-srabrystaha mietału, strukturaj padobnaha da kary staroj sasny. Byŭ heta askołak bomby, što skinuli niemcy na našu maleńkuju stancyju. Na ščaście, niadbała miecilisia, pramachnulisia. Na haścincach noč i dzień hrukacieła, šumieła. Zaleśsie naša i blizkaje ad jaho Viotchava lažać pamiž dvuch haścincaŭ: staroha, jaki prastavaŭ sa Smarhoniaŭ da Zaskavičaŭ, Maładziečna i dalej na Maskvu, i naviejšaha, biez absady, što išoŭ paŭdnioviej nas praz Paniźzie, Sivicu, Bienicu i źlivaŭsia ŭ adzin šlach u Maładziečnie. Niemcy pakazalisia ŭ nas niaskora. Z vajskoŭcaŭ daviałosia bačyć pierš-napierš čyrvonaarmiejcaŭ, tolki nie ŭ bajavym šyku, jak pry ešałonach, što niadaŭna išli na Zachad. Baćka pryvodziŭ ich ciamniejučy ŭ chatu, uładkoŭvaŭ nanač u tym zastaronku humna, dzie jašče zastavałasia krychu letašniaj sałomy. Ranicaj rana jany źnikali hetak ža nieprykmietna, jak i prychodzili. Adnaho razu baćka, jaki chadziŭ da šaŭca Alaksandra Sałahuba na Jaraninu, dniom pryvioŭ čałavieka biez šapki, koratka stryžanaha, u śvietła-zialonaj kurtcy. Z kurtki toj pryjazny małady dziadźka dastaŭ mnie niekalki ałoŭkaŭ — sapraŭdny padarunak. Byŭ jon kamandziram tanka. Jamu ŭnočy ŭdałosia ŭciačy z ešałonu vajennapałonnych, jakich niemcy vieźli na Zachad. Raskazvaŭ, skočyŭ na chadu ź ciahnika, kuli kolki razoŭ śvistanuli nad hałavoj. Ubačyŭ pałoski pola — apała duša: maŭlaŭ, adnaasobniki, nie savieckaja ziamla, prapaŭ. Baćka havaryŭ ź im dobra pa-rusku — navučyŭsia ŭ pałonie. Pieraapranuli sałdata ŭ sialanskaje, dali torbu z bochanam chleba i kavałkam sała. Baćka raiŭ jamu paviesić jaje na hrabli i davać sustrečnym «Dzień dobry». Adpraŭlaŭsia na Uschod. «Budu živ, choziain, dobieruś do svoich, nikohda nie zabudu…»

Mnie tady karcieła adšukać u alšeŭniku jaho tankiscki šlem, jaki ščaślivy ŭciakač z pałonu, pakul aśmieliŭsia akliknuć sa svajho schovu ŭ kustach baćku, sunuŭ u karčy. Nieviadoma, ci ŭdałosia biedačynie dabracca da frontu: šmat niebiaśpieki čakała tady čałavieka.

Źjavilisia i niemcy. Samyja pieršyja z treskam na matacykletach pralacieli praz usiu viosku i zaraz ža paviarnuli nazad.

Vidać tamu, što z druhoha, palavoha kanca Viotchava, nie było vychadu na haściniec. Praź niekalki dzion jany pavalili hrupkami pa niekalki čałaviek. I ź vielmi niazvyčnym, jak nam usim zdałosia, dla sałdataŭ kłopatam. «Matka, jajka, puter, špek!» — nakazvali vajaki ŭ brudna-zialonaj formie, šapkach łyčom. Maci davała jajko na takuju kampaniju, i jany, udziačna machajučy hałovami «Danke, danke» dy niešta sabie hierhiečučy, vandravali dalej. K kancu dnia, zdarałasia, užo nie było čaho davać, čym adkupicca, i maci abviaščała im pa-polsku: «Niema jajka, pan. Šmat tut vas siahońnia pieraviarnułasia», — kazała ŭbok. Pry takoj asiečcy raz było sałdat pahroźliva kinuŭsia da karanika z pčołami.
Ale božyja stvareńni byli na starožy i pry nabližeńni sałdata rupna baranilisia. Vajaŭničy ton čužanicy źmianšaŭsia, jon bieh baraznoj nazad da chaty, adhaniajučy rukami ad šyi i vušej raźjatranych pracaŭnic miadovych palan.
Raz, praŭda, zahlanuli da baćkavych pčoł śpiecyjalisty, nie prafany. Z šaści karanikoŭ spraktykavanym vokam adrazu prykinuli try lepšyja siamji, vybrali ŭvieś miod da apošniaj ramki. Na toj raz u chacie stali źbiracca susiedzi. Moj mały bracik, siedziačy na rukach u baćki, sarvaŭ jaho šapku i kinuŭ na rabaŭnikoŭ. Tady adzin z aficeraŭ, a heta byli jany: pa pahonach baćka rasčytaŭ ich zvańni, dastaŭ pistalet i staŭ akuratna vycirać jaho nasoŭkaj. Paśla taho najezdu maci paraili schadzić u hminu, užo była arhanizavana siakaja-takaja cyvilnaja ŭłada, i zajavić pra rabunak. Tam siadzieli, akazałasia, tutejšyja ludzi, i vypisali nam jak kampiensacyju dreva. Z tych niatoŭstych sasonak baćka skidaŭ pad staroj lipaj śvironak, jakoha raniej u nas nie było.

Byŭ jašče taki epizod. Adnaho dnia zajšoŭ u chatu, pastukaŭšy, sałdat i, ničoha nie prosiačy, nie zahadvajučy, staŭ niałoŭka taptacca pry ścianie, bližej da kačarežnika. «Što jon choča?» — sumiełasia maci. «Daj ty, Alena, na ŭsiaki vypadak jamu jajko», — zdahadaŭsia baćka. Maci vyniesła ź sianiej jamu adno jajko, i siaržant, miarkujučy pa pahonach, schapiŭ jaho ź niezvyčajnaj radaściu dy zakivaŭsia ŭ pakłonie.

Zusim niečakanaj dla baćkoŭ adnojčy była pretenzija sałdata, palityčna pilnaha, ci jamu nie stała žadanaha jajka, ci što inšaje jaho ŭzburyła, dobra nie pamiataju.

Pomnicca adno, jon raptam vyziaryŭsia na partret Janki Kupały, što visieŭ u nas z časoŭ Biełaruskaj sialanska-rabotnickaj hramady.
Tady jaho razam z knižkami, pamiataŭ baćka, vaziła i pradavała niejkaja žančyna ź Vilni. Jak na siahońniašni moj dośvied, była heta samavitaja hrafika mastaka Jazepa Horyda. Vyjava paeta, ładnaja pamieram, adbitaja na kardonie litahrafskim sposabam. Kupała ŭdumliva, vačyma, poŭnymi nadziei, hladzieŭ na śviet, ludziej — u budučyniu. «Stalin?!« — tyckajučy rukoj u napramku kuta, dzie visieŭ partret, złosna dapytvaŭsia vajaka. Mabyć tamu što niadaŭna ŭ nas dziaržaŭna haspadaryła pałynčyzna i ad zdahadki, što siarod niamieckich sałdataŭ traplalisia paznańščyki, aniamiečanyja ciaham hadoŭ, staralisia parazumiecca z prychadniami pa-polsku. „To pisaz bialoruski“, — davodziŭ, tłumačyŭ błaznavatamu dapytvalniku baćka. Ale toj niaŭciamna hladzieŭ na haspadara, až pakul baćka nie spachapiŭsia i nie staŭ vyjaŭlać u pavietry ruch pisańnia na papiery dy pakazvać na paeta. Narešcie, zdajecca, da ideałahična pilnaha vajaki štości dajšło, i jon apiašała, moŭčki šmyhnuŭ za dźviery.

Praź niejki čas prychod žabrakoŭ u brudna-zialonaj formie prypyniŭsia. Byŭ heta, vidać, frantavy kantynhient, što paciok svaim šlacham dalej na Uschod.

Adnaje niadzieli na viotchaŭskaj vulicy abjavilisia niejkija niazvyčnyja vajaŭniki. Apranutyja ŭ śvietła-karyčnievuju ŭniformu, u admysłova pieracisnutych pa siaredzinie piłotkach, praź viosku jechali viasiołyja ŭśmiešlivyja vierchniki. U adnaho na siadle siadzieŭ pryhožy buchmaty kot, u inšaha z krupu kania źvisała prytaročanaja da siadła hitara. Jany nie pabiralisia, nie prasili jajka, masła, sała, a prosta jechali ŭ śviet nie jak na vajnu, a jak na pahulanku. Niekalki čałaviek spyniłasia pry našych varotach, zajšli ŭ chatu. U nas na toj čas, jak časta zdarałasia śviatočnym dniom, było doma paru susiedziaŭ. Adzin z čužnikoŭ, čorny, biełazuby, padyšoŭ da stała, i torhnuŭšy za kraj biełaha abrusa, staŭ niešta pytacca, vymaŭlajučy pry hetym słova „rus“. Zatym padstaviŭ baćku pradplečča, pakazaŭ rukoj čytać. Na ščytapadobnaj našyŭcy baćka vyčytaŭ słova „Espaniol…“ „Hišpancy?“ — zapytalna pahladzieŭ na vizicioraŭ baćka. Jašče paŭtaryŭ: „Espaniol“. Jany na znak zhody zakivali hałovami. „Hladzi, znajucca na našaj hieahrafii, — skazaŭ baćka ŭ bok susiedziaŭ. — 

Heta ž, torhajučy bieły abrus, dapytvajucca, musić, biełarusy my ci ruskija“. I vyrazna patrosšy kaniec abrusa, skazaŭ da hišpancaŭ: „Rus“,
— a pad toje słova susiedzi Ivan Šyman i Južyk Pavieł zakivali hałovami: biełarusy!» Tak jak by i parazumielisia. Na tym i razyšlisia, uzajemna kivajučy adny adnym hałovami. Ludzi, sarvanyja kryvavaj pavodkaj vajny ź Piryniejaŭ, i tutejšyja chlebaroby, pa ziamli jakich spradvieku z Uschodu na Zachad i z Zachadu na Uschod išli vajary, nieśni hałovy pad mieč najčaściej nie za svaje, a za čužyja intaresy.

Było toje niedzie ŭ kancy leta 1941-ha. Baćka ahladaŭ šyrokija kałodki — prystasavańnie, ukapanaje ŭ ziamlu, na jakim hnuli pałazy. Bolšaja z kałodaŭ, elipsapadobnaja, dziela tryvałaści była akuta mietaličnaj pałasoj. Baćka macavaŭ tuju šynu, pastukvaŭ pa joj małatkom. Ja na toj čas kruciŭsia pry im, niezaŭvažna da nas cicha padyšoŭ čałaviek i daŭ «Dzień dobry». Baćka ŭśmichnuŭsia jamu jak znajomcu, padajučy ruku dla vitańnia. Ja ž paznaŭ u čałavieku kolišniaha kupca našaj sadaviny nie adrazu. Potym milhanuła ŭ pamiaci, jak pryjazdžaŭ jon da nas vozam, udvaich z chłopcam, synam ci, moža, parabkam. Damoviŭšysia z baćkam, pasyłaŭ jon taho chłapca leźci na našu vialikuju hrušu treści jaje. Hrušy padali važka i doŭha. Zatym udvaich jany źbirali dołu ich u vialikija kašy. Mnie było niejak niesamavita na dušy. Niepatrebnymi, mizernymi zdavalisia tyja biełyja maniety z vybitymi na ich arłom i vusatym čałaviekam, što pryjezdžy davaŭ baćku za hrušy. Byŭ tady hety čałaviek žvavy, hamanki. Ciapier ža pryjšoŭ panyły, niaholeny, u čornym pakorčanym kaściumie, na jakim była našyta žoŭtaja łatka. Jany daŭhavata havaryli z baćkam, prysieŭšy na pryśvironku. Ja cikavaŭ zdalok, bo baćka zahadaŭ mnie iści pahulać. Zatym na karotki čas zajšli ŭ chatu. Kali čałaviek pajšoŭ, ja spytaŭsia, čamu na pinžak pryčapiŭ jon tuju łatku-zorku. Baćka adkazaŭ nie adrazu. Skazaŭ: «Nie sam pryčapiŭ, prymusili… — i tut ža spyniŭ moj rospyt niejak niadbała. — Šmat budzieš znać — rana sastareješ…» Z razmovy baćkoŭ ułaviŭ niaŭciamnaje słova «hieta». Maci abraniła adno: «U biadzie čałaviek, hora ŭ ludziej…» Ale nie patłumačyła, što da čaho.

Byŭ kaniec žniŭnia, apošni śpieły jabłyk ružavieŭ na staroj dziedavaj jabłyni, jak da nas na padvorje zajšli dvoje, cyvilny ŭ supravadžeńni sałdata. Spytaŭšy, chto jość haspadar, cyvil skazaŭ: «Niamieckaja ŭłada zahadvaje zdać radyjoprymač № taki-ta-taki». Naš detektarny ŭraz źnik u sałdackim zaplečniku. Akazvajecca, naša radyjoskrynačka sa słuchaŭkami ŭžo ŭličana ŭ śpisach niejkaj struktury Rejcha jak patencyjny srodak suviazi z vonkavym śvietam. Baćka kamientavaŭ toje zdareńnie słovami: «Chočuć, kab słuchali adno ich kamandu».

Tut było jak by ŭsio jasna. A voś niekalki dzion raniej adbyłasia pryhoda, što mianie, pryznacca, biantežyła.

U nas na dvare sabralisia ludzi, viaskoŭcy i prapanavali baćku być jak by pradstaŭnikom ich pierad niamieckaj uładaj. Mabyć, pamiatała vioska baćkava zastupnictva za jaje kroŭnaje pry palakach. Baćka tady byŭ davieranym vioski, kali jana sudziłasia z panam za siervitut. Jašče pierad schodam maci z baćkam niešta abmiarkoŭvali, i ciapier baćka ćviorda vykazaŭ ludziam svaju niazhodu na ich prośbu. Skazaŭ, kab vybrali dla hetaha kaho-niebudź inšaha. Mnie było nie zrazumieła, čamu baćka admaŭlajecca ad davieru, jaki vykazali jamu ludzi, susiedzi.
Da taho ž dla słužbovych patreb jamu abiacali vydać rovar. Mieć rovar było majoj maraj. Jašče bolšaj, čym niekali łyžy. Tady, kali mnie mocna zažadałasia, baćka adrazu vystruhaŭ ich na varštacie i ŭračysta abjaviŭ: «Maješ jasianiovyja, zdoleješ na ich biehać ź vietram na pierahonki». Tym časam viecier nie abhaniaŭsia, pakul navučyŭsia na ich kročyć, časam stanavilisia nažnicami, i ja lacieŭ pamirnosam u śnieh. Z rovaram nie vyjšła, škada. Paźniej ja ŭrazumieŭ baćkavu ŭpartaść pierad schodam. Mieŭ racyju, što nie pahadziŭsia tady z hramadoj.

Što da šefa novaŭładnaj tut struktury, sołtysa, to jon niabavam byŭ vybrany ci chutčej pryznačany. Mnie razam z usimi daviałosia bačyć jaho ŭ našaj chacie na schodzie. Pierad sabranymi stajaŭ pažyły, siaredniaha rostu čałaviek u kamizelcy z aŭčyny. Jak na kij, jon abapiraŭsia adnoj rukoj na staruju zašmalcavanuju strelbu, šapialaviačy, niahučna pramaŭlaŭ da ludziej. Peŭna, davodziŭ niejkija patrabavańni novaj ułady, bo časam čułasia adno, što zapomniłasia mnie słova «paradak». Byŭ heta Aŭhust z susiedniaj vioski Michnievičy. Jašče ŭ tuju vajnu jon, kajzieraŭski sałdat, prystaŭ naŭprymy da tutejšaj žančyny. Za dvaccać ź liškam hadoŭ u biełaruskim viaskovym asiarodździ Aŭhust naturalizavaŭsia. Havaryŭ pa-našamu, śmiešnavata skažajučy asobnyja słovy pry vymaŭleńni. Pieradavali sa śmiecham sakramientalny vyraz Aŭhusta ź jaho niadoŭhaj načalnickaj praktyki: «Maŭčy, žłodziej, bo zaštrelu i pojdzieš, płačučy!.." Jaho dobra viedali ŭ vakolicy, niekatoryja maładziejšyja vučylisia ŭ jaho stalaravać. Błahoha na svaim stanoviščy nikomu nie paśpieŭ zrabić: nie było takoha ŭ jaho natury, a voś dapamahčy jak sołtysu jamu časam udavałasia.

Tak pry pieršym aryšcie dziadźki Mikałaja Hiermana, muža majoj chrosnaj, Aŭhustu ŭdałosia jaho vybavić.
Kola Hierman, rodam z Zarudzič, haduniec paeta, kamsamolca-padpolščyka z polskich časoŭ, Alesia Sałahuba, u 1940–1941 hadach rabiŭ sakratarom u Zaleskim sielsaviecie. Na treci miesiac vajny jaho aryštavali jak savieckaha aktyvista i pasadzili ŭ turmu ŭ Staroj Vilejcy.
Ciotka Viera, nie marudziačy, pajšła ŭ Michnievičy da Aŭhusta, i toj na pieršym časie vyratavaŭ svajho byłoha vučnia-stalaruka. Ale takoje ŭdałosia tolki raz. Partyzanki, choć by na znak, u toj čas u nas jašče nie było. Dziadźka Mikałaj, pomnicca mnie rosły, čarniavy, siadzieŭ cicha. Nidzie ni schinuŭsia. Praz peŭny čas jaho ŭ druhi raz aryštavali.
Hetym razam adnačasna z samim Aŭhustam. Kazali, śpiecsłužby, peŭna hiestapa, raskapali minułaje stalara, uviedali, što byŭ jon sacyjał-demakratam, i ciapier, značyć, razam z patencyjnymi praciŭnikami novaha paradku padlahaŭ likvidacyi. Jamu, jak i jaho navučencu Hiermanu, było nakanavana nie vyjści žyvym ź Vilejskaj turmy. Dziadźka Mikałaj, kazali, pamior tam byccam ad tyfu. Pierad tym rodnyja sprabavali jaho jašče raz vyručyć. Dzied Justyn, paprakany za skupaść, nie zadumvajučysia, vydatkavaŭ dačce niekalki załatych dziasiatak carskaj čakanki, i ciotka Vierka adpraviłasia ŭ Vilejku. Zdoleła dastukacca da niejkaha tam turemna-łahiernaha načalnika. Byŭ hety niechta ruski aficer na niamieckaj słužbie pa proźviščy Niakrasaŭ. Jakraz piŭ kavu ŭ svaim kabiniecie.
Razmovy nie atrymałasia. «Hierman Mikałaj — kamunist, vorah Hiermanii i novaj Jeŭropy. Hutarki ab jaho zvalnieńni być nie moža. Ni pry jakich umovach…»
Biednaja chadajnica adčuła biaśsille tut važkaha vysakarodnaha mietału. Moh być jon dziejsny pry vykupcy radavoha vajennapałonnaha z-za drotu. Tut ža vyrašała ideałohija, ustanoŭka dziaržavy. Sa skruchaj i sardečnym bolem viartałasia maja chrosnaja da chaty.
Byŭ čas, i jon doŭžyŭsia ŭžo niekalki dziesiacihodździaŭ, kali žyćcio asobnaha čałavieka było nadta mała čaho varta. I heta ŭśviedamlałasia nie tolki daktryniorami realnych palityčnych sistem, zapanavałych u Jeŭropie, ale takim jano było i ŭ vačach narodu paspalitaha, prostych ludziej.
Клас
0
Панылы сорам
0
Ха-ха
0
Ого
0
Сумна
0
Абуральна
0

Chočaš padzialicca važnaj infarmacyjaj ananimna i kanfidencyjna?